sobota, 19 grudnia 2015

Kobiety upadłe

W mojej nowej pracy znów mam do czynienia z ludźmi, w dodatku w ilości masowej. Przewija mi się przed oczami całe spektrum społeczeństwa, w dużej mierze, całe szczęście, podobnego mentalnie do mnie.

I po raz kolejny widzę, jak kobiety stają się narzędziem dla mężczyzn, w każdym z tego spektrum. Sytuacje, gdzie kobieta nosi mężczyźnie portfel, piastuje opiekę nad kartami, pamięta jego pin, pakuje zakupy, kiedy mężczyzna stoi i patrzy jak kwota na paragonie rośnie są dla mnie nieco zbyt częste. Mało tego, kobietę nawet do wypełnienia formularza wysyłają, może jak płacą to ich już reka boli...

Nie zrozumcie mnie źle. Takie sytuacje, gdzie widzę, że para jest dla siebie partnerami, że jedna osoba robi jedno, podczas gdy druga drugie są okej.
Ale myślę, że sytuacja, w której kobieta jedna ręką pakuje zakupy, druga płaci, trzecia trzyma dziecko i dzierzy torebkę są sytuacjami, które nie powinny mieć miejsca tak często. Oraz wyraz frustracji kobiety, kiedy jej partner wesoło zajada się fast foodem, obserwując jej robienie z siebie maszynkę wielofunkcyjną.

Z życzeniami wesołych świąt życzę Wam pomocnych w świątecznych zakupach partnerów.

środa, 11 listopada 2015

5 błędów, które popełniamy na siłowni.

Ostatnio zaczęłam chodzić na siłownię. Bardzo wiele osób decyduje się na tą aktywność, zapominając o tym, że do każdego rodzaju aktywności potrzebne jest przygotowanie. Efektem braku umiejętności ćwiczenia są różne choroby i uszkodzenia, na które się narażamy. Nie jest to oczywiście reguła, jednak widzę wiele osób, które uczyły się zasad już dawno odrzuconych przez trenerów.


1. Pulsowanie ruchu - jeszcze mnie tak uczono w szkole średniej, że należy się pochylić z rękami do dołu i pulsować ruch, by się rozciągnąć. Lub wygiąć w bok i również pulsować. Takie ćwiczenie może doprowadzić do naderwania mięśni i ogromnego bólu. Dużo zdrowiej i bezpieczniej jest rozciągać się w rytm oddechu, tzn. z każdym oddechem pogłębiać ruch.

2. Brak odpowiedniej rozgrzewki - dużo osób wychodząc z szatni po prostu wskakuje na bieżnię i zaczyna biec lub siada do sztangi i zaczyna ją podnosić. Później płaczą jak to boli kręgosłup i jakie mają zakwasy. ZAWSZE przed wysiłkiem należy rozgrzać organizm, tzn. doprowadzić oddech do przyspieszenia, przygotować mięśnie na pracę, rozgrzewając je. Można się także nieco porozciągać, ale...

3. Zapomniany streching - ...pamiętajmy, że najmocniejsze rozciąganie powinniśmy zarezerwować na po treningu. Wtedy mięśnie są odpowiednio przygotowane do trwałego rozciągnięcia, nie narażamy się również na naciągnięcie czegoś i niwelujemy zakwasy.

4. Zakwasy - często gęsto słyszę, że zakwasy są dobre. Że to znak, że pracowaliśmy i daliśmy się z siebie wszystko. Słyszałam różne teorie, trochę poczytałam i osobiście uważam, że zakwasy są znakiem przetrenowania organizmu i dania z siebie nie tylko wszystkiego, ale aż za dużo. Z pustego i Salomon nie naleje, więc wylewanie ostatnich potów na siłowni jest niezdrowe i niepożądane. Od razu zaznaczę, że zakwasy dla mnie to okropny ból w mięśniach, który nie daje nam funkcjonować. Jeśli czujemy swoje mięśnie nieruszane od dawna dzień po treningu to nie są to zakwasy, o których mówię, że są niezdrowe. Zdrowe czy nie, jedno jest pewne - nie należy trenować siłowo na zakwaszonych mięśniach. Można je wymasować, lekko rozciągnąć, ale tak naprawdę najlepiej jest dać sobie dwa dni przerwy w treningach i następnym razem dać sobie popalić w rozsądnych dawkach.

5. Za częste ćwiczenia- wiadomo, człowiek jest taki, że chce schudnąć od razu, nadbudować mięśnie błyskawicznie i po dwóch dniach ćwiczenia zrobić szpagat. Ponieważ chcemy tych efektów natychmiastowych narzucamy sobie trenowanie codziennie. I o ile nie przygotowujemy się do maratonu lub sport nie jest naszą codziennością od dziecka, to naprawdę powinniśmy ćwiczyć maksymalnie 3 razy w tygodniu. Lub codziennie, ale w małych dawkach. Z pewnością codzienne, trzygodzinne treningu nie są dla przeciętnych ludzi, bo zwyczajnie nie wytrzyma tego nasz organizm.

Wszystkie te punkty są wytycznymi na podstawie moich rozmów z trenerami wszelkiej maści i na podstawie własnych doświadczeń. Można się z nimi śmiało nie zgadzać.

wtorek, 15 września 2015

Kurczak po prostu.

Macie jakieś ukochane smaki z przeszłości?
Ja mam  kilka,, które wspominam z rozrzewnieniem.
Jajecznicę z żołnierzykami z chleba, serwowaną z ciepłym kakao przez Babcię. Zupa-nic robiona przez Mamę. Barszcz wigilijny, nad którym co roku aż kaszlemy radośnie z powodu ilości czosnku i pieprzu... Kaczkę w pomarańczach Taty i  królika w śmietanie na urodzinach Babci.

Ale też jednym z moich smakowych wspomnień jest wspomnienie z czasów gimnazjalnych, kiedy to gościłam tydzień w Iwanofrankowsku u rodziny jednej z osób z wymiany uczniowskiej, organizowanej przez moją szkołę.
Codziennie serwowano mi tam genialny, a zarazem prosty makaron z kurczakiem w sosie śmietanowym. Niby banał, przepisów jest mnóstwo, ale ten jeden smak był dla mnie nieuchwytny do momentu, kiedy przestałam myśleć o wiernym odtworzeniu przepisu, a po prostu gotowałam. I tak przypadkiem udało mi się zrobić dokładnie taki sam obiad, jaki jadłam kilka lat temu. Wrzuciłam pierwszy przepis na blog, jednak tutaj kilka zmian wpłynęło zupełnie na smak tego dania.

Kurczak "po ukraińsku" po updatowaniu

Składniki:
500 g piersi z kurczaka
szklanka bulionu drobiowego
pół opakowania śmietany kwaśnej
serek typu philadephia
2 ząbki czosnku
2 łyżki mąki
makaron dowolny (spaghetti, tagliatelle, penne)
sól, pieprz, zioła prowansalskie, gałka muszkatołowa


Czosnek siekamy drobno, smażymy na odrobinie oliwy, aż nieznacznie zbrązowieje. Pokrojonego w kostkę kurczaka dodajemy do czosnku, obsmażamy. W czasie smażenia kurczaka w garnku podgrzewamy bulion wymieszany z mąką do momentu zagęszczenia go, zmniejszamy ogień i po chwili dodajemy śmietanę, 2-3 łyżki serka i przyprawy do smaku. Gotujemy makaron w osolonej wodzie.
 Kurczaka wraz z czosnkiem dodajemy do sosu, gotujemy 5 minut. Gotowy makaron nakładamy na talerz, polewamy sosem, można ozdobić bazylią.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Feministki są brzydkie.


26 sierpnia to Światowy Dzień Równości Kobiet. Data przywołująca na myśl znany wszystkim feminizm. Ale czy naprawdę wiemy to co wiemy?

Słysząc "feminizm" wiele osób myśli sobie "walka o prawa wyborcze kobiet". Na lekcjach historii temat ten jest poruszany pobieżnie i nauczyciele chcą wbić uczniom głównie ten aspekt ruchów feministycznych do głowy.

Potem przychodzi na myśl nieogolona pod pachami, obcięta na łyso, w zgrzebnym worku aktywistka, bluzgająca na mężczyzn i twierdząca, że bez nich sobie świetnie radzi. Albo coś w ten deseń.

Pierwsza wizja się już praktycznie zdezaktualizowała w krajach zachodnich - prawa wyborcze posiadamy, nikogo nie dziwi kobieta głosująca. Trudno jest utożsamiać się z sufrażystkami, jeśli mamy pokolenia, dla których wyrażanie własnego zdania przez kobietę jest codziennością.

Same kobiety boją się wizji numer dwa i nie chcą być z taką utożsamiane, z taką co się nie maluje, pluje na sukienki i wysokie obcasy. Stąd reakcje wyśmiewania, stąd społeczna przygana dla kobiety przyznającej się do bycia feministką.

Dlaczego jest to takim wstydem? Tak naprawdę każda pracująca kobieta jest feministką, bo nie degraduje siebie do roli tylko żony i matki, jak dawniej bywało. Samodzielne finansowo kobiety to feministki. Kobiety, które swoim życiem nie potwierdzają trwających kilka wieków stereotypów kobiety.

Ja jestem feministką. Pracuję, uczę się, maluję się, tańczę publicznie, nie obcięłam włosów na krótko, chcę mieć dzieci, uwielbiam gotować i robię wszystkie rzeczy, na które mam ochotę, bo zwyczajnie mogę.

Akcja #jestemjednaznich to uczczenie przez polskie blogerki Światowego Dnia Równości Kobiet, by walczyć z stereotypową wizją feministek. Akcja organizowana przez ich4pory.pl

niedziela, 23 sierpnia 2015

Beleco.

Tak. Mieszkamy razem drugi miesiąc. Sytuacja pracowo-mieszkalna popchnęła nas nieco w tym kierunku, do którego nieuchronnie zmierzaliśmy i który zdążyliśmy przedyskutować.

http://amandafrances.com
Tyle, że myśleliśmy raczej o perspektywie roku, a nie paru miesięcy.

Wiecie jak to jest. Mówi się, że dopiero mieszkanie ze sobą egzaminuje związek. Jest to prawda w stu procentach.
Wiele osób pyta mnie, jak to jest. Kurczę, ciężko łatwo odpowiedzieć na to pytanie.
Z jednej strony, nareszcie nie muszę gór przenosić, by zmieścić w grafiku randkę połączoną z dwugodzinną podróżą w dwie strony do nieodległego od Krakowa miasta. A i K. nie musi kombinować, czy da radę przenocować, czy musi lecieć z powrotem do domu.

A jednak przez większą część tego czasu wspólnego dzielenia przestrzeni się kłóciliśmy. Apogeum absurdu osiągnęliśmy robiąc awanturę o wejście K. w brudnych klapkach do pokoju, podczas gdy on upierał się, że raczej je wniósł pod biurko, niż w nich wszedł.

Ale nie byłabym człowiekiem z zakrętem historycznym, by nie uświadomić sobie, jaką wspaniałą rzeczą jest życie w XXI wieku. Dawniej były mierne szanse na zamieszkanie z sobą przed ślubem, więc para często przeżywała katusze dostosowania się do siebie podczas początków małżeństwa, co nie jest za szczęśliwym wspomnieniem.
Nie ma to jednak samych plusów - przecież przez tą łatwość prześlizgiwania się przez ważne momenty życia często podejmujemy wybory bardzo powierzchowne, bez zastanowienia, z myślą, że przecież zawsze można zerwać i uciec przez drugą osobą na drugi koniec świata.

Pomimo tego, a może właśnie dlatego kłótnie zdarzają się rzadziej, zaczynamy się oswajać i egzystować wspólnie, a nie jak swoje przeciwciała.

Życzę Wam wszystkim przetrwania pierwszego miesiąca i kłótni o beleco.

czwartek, 30 lipca 2015

Przepis na: spaghetti carbonara.

Uświadomiłam sobie dnia dzisiejszego, że zasób internetowy wręcz przelewa się od różnych przepisów na spaghetti carbonarę. Jedni plują, że z jajkiem jest "nieprawdziwe", inni że dodanie śmietanki to grzech, a niektórzy nie wyobrażają sobie nie dodania natki pietruszki.

Myślę sobie jednak, że trudno jest powiedzieć "byłem/am we Włoszech, jadłam prawdziwe spaghetti carbonara i to jest jedyne prawdziwe". Bo to trochę jak z przepisami na bigos, co gospodyni to inne, czasem spotykamy bigos z wędzonymi śliwkami, innym razem z dodatkiem żubrówki. I kto komu powie, że któryś z nich jest jedyny i prawdziwy?

Dlatego, choć słoneczna Italia jeszcze mnie nie oglądała, opracowałam własny przepis na spaghetti carbonarę i powiem bez fałszywej skromności - dla mnie jest idealny. Może dlatego, że wiąże się z tworzeniem tego przepisu jedno z moich najmilszych wspomnień.
Jedno mogę zagwarantować - jeśli ugotujecie coś takiego to wasza druga połówka, rodzina czy znajomi będą zachwyceni.

Przepis dla dwóch głodnych osób:
pół opakowania makaronu spaghetti
200-300 g boczku wędzonego (jeśli zdobędziecie pancettę to wzbogaci jedynie smak, ale z uwagi na cenę nie robię carbonary w ten sposób)
1 cebula
3 ząbki czosnku
200 ml śmietanki słodkiej 30%
200* ml białego wina, najlepiej wytrawne lub półwytrawne
100 ml bulionu warzywnego
1 jajko
300 g sera**

*- 100 ml wlewamy do sosu, 100 ml jest zawsze dla kucharza...
** - wiadomo, najlepiej parmezanu, ale ja czasem dodaję edamskiego lub goudy, więc pozostawiam dowolność stanu lodówki.

Kroimy boczek na paski lub w drobną kostkę, drobno siekamy cebulkę i dwa ząbki czosnku. Odkrawamy skórę z boczku, którą kładziemy na patelni, tłuszcz z niej oraz z boczku wystarczy by się ładnie wszystko usmażyło. Zdejmujemy z patelni zrumieniony boczek, w zależności od lubianego efektu można odsączyć z tłuszczu i będzie chrupiący, albo i nie.
Na patelni po boczku smażymy drobno pokrojoną cebulkę i czosnek do złotego koloru, podlewamy połową szklanki wina, połowę szklanki wina wypijamy spokojnie. Dolewamy do cebulki z winem bulionu, kiedy wino trochę odparowało. Dusimy do odparowania mniej więcej połowy objętości sosu, wyłączamy na 20 minut.

Osobno w misce mieszamy starty ser, jajko, śmietankę, dodajemy szczyptę gałki muszkatołowej, sporą ilość pieprzu, odrobinę soli. Odstawiamy.
Makaron gotujemy al dente, nie hartujemy wodą, tylko odcedzamy. Łączymy składniki z miski z sosem z cebulką, mieszamy z gorącym makaronem do uzyskania kremowej pasty.
Serwujemy w głębokich talerzach, na wierzch dajemy boczek i listki świeżej bazylii.


piątek, 17 lipca 2015

Komunikacja inaczej.

Było już wiele różnych postów z hejtami i pluciem na młodych za nieustępowanie starszym miejsca w pojazdach komunikacji miejskiej. Jest też kampania społeczna, w Krakowie bardzo pięknie ludzie ustępują starszym, zniedołężniałym i czasem nawet kobietom w ciąży. (U Bomabyćmrucznie można coś niecoś na ten temat poczytać)

Ale ja dzisiaj o czymś innym. Mianowicie, sytuacja dnia dzisiejszego, upał jak nie wiem, toczy się tramwaj numer 8. Ponieważ byłam nieco obładowana, zmęczona i jadę do końca trasy tramwaju, a w wagonie miejsca w trzy i trochę to próbuję usiąść.
Właśnie, próbuję.
Ponieważ wokół miejsc wolnych rój kobiet młodych i nastoletnich, stojących jak,za przeproszeniem, zwierzęta na polu. Nie ruszą się, nie zajmą tych miejsc, żeby ludzie mogli swobodnie wsiąść do autobusu, a osoby chcące zając miejsca jakoś je zająć.

I stąd moje pytanie - czy nie sprowadziliśmy sytuacji do lekkiego absurdu, że w tramwaju na kilkanaście miejsc większość osób stoi i utrudnia wsiadanie i wysiadanie innym, ponieważ w razie gdyby ktoś bardziej do tego uprzywilejowany wsiadł, to będzie miał mnóstwo miejsca.

Stąd mój mały, może nic nie znaczący apel. Ludzie, zacznijcie myśleć logicznie o wszystkich ludziach i nie utrudniajcie innym życia.


wtorek, 30 czerwca 2015

Życie na walizkach.

Zawsze mi się marzyło, by przeprowadzki wyglądały jak w The Sims. Kupujesz nowy dom, a simy wsiadają w taksówkę i magiczne ich rzeczy pojawiają się w nowym domu.

http://www.houseofspirit.pl


Przeprowadzałam się łącznie trzynaście razy w swoim dwudziestoparoletnim życiu. To sprawia, że na myśl o przeprowadzce robi mi się źle w żołądku i kombinuję co tylko się da, by tego uniknąć.

Postanowiłam jednak ostatniego dnia czerwca podzielić się z Wami podstawowymi zadaniami związanymi z przeprowadzkami, byście mogli uniknąć wielu nerwów.

Przede wszystkim znajdź transport. Czy będzie to znajomy z dużym samochodem i odrobiną wolnego czasu, czy taksówka (uwaga, taksówkarze bywają niezbyt mili i potrafią bez cienia zażenowania patrzeć, jak podenerwowana dziewczyna gania co chwila na 4 piętro po swoje rzeczy i nawet tego do samochodu nie raczą wpakować) czy profesjonalny wóz transportowy (polecam przy przewozie mebli takie rozwiązania, bo studenckie przeprowadzki z rzeczami osobistymi spokojnie można załatwić samochodem osobowym). Dogadaj się na odpowiednią godzinę i dzień, by zgrać to z oddaniem jednego mieszkania i wprowadzeniem się do drugiego.

Spakuj się. I tu zaczynają się schody.
W co najlepiej się pakować?

Mnie zawsze najwygodniej było w kartony, które zdobywałam w sklepach odzieżowych w galeriach handlowych (wystarczyło ładnie uśmiechnąć się do ekspedientki, dla niej to zawsze mniej roboty wynoszenia kartonów na śmietnik), względnie w duże i mocne worki na śmieci (dobre na ubrania, pościel). Rzeczy szklane zawijałam w podkoszulki, by nie wydawać zbędnych pieniędzy na folie bąbelkową, rzeczy elektroniczne najlepiej w oryginalne pudełka, albo w odpowiedniej wielkości kartony. Najlepiej też opisać kartony, jak w amerykańskich filmach, by potem nie rozpakowywać majtek w kuchni, a rzeczy z łazienki w salonie. W miarę możliwości zapakuj ubrania czyste, jednak bądź przygotowany na zabranie torby ubrań do prania lub mokrych z suszarki. Najpotrzebniejsze w nowym miejscu rzeczy spakuj do walizki, by móc rozpakować je jako pierwsze.

Dla mnie pakowanie się również jest zawsze okazją do wyrzucenia zbędnych mi przedmiotów, bo wożenie ze sobą ulotek z pizzy do innej dzielnicy/miasta jest kompletnie zbędne.Dzięki temu też będzie ci łatwiej posegregować przedmioty do kartonów.

Posprzątaj po sobie swój pokój, ogarnij z lokatorami łazienkę i kuchnię. Jeśli nikt się nie sprowadza na twoje miejsce możesz również wyłączyć wodę i gaz po ustaleniu tego z właścicielem mieszkania. Pozakręcaj również grzejniki. Zostaw po sobie porządek, jaki zastałeś wprowadzając się do mieszkania.

W dzień przeprowadzki ubierz się w ubrania, które możesz zabrudzić i które będą wygodne, zorganizuj przenoszenie rzeczy do wozu transportowego i zapakuj go bez gorączkowego biegania, ze świadomością, że przecież zawsze możesz pojechać na dwa razy. Najlepiej przeznaczyć na przeprowadzkę cały dzień.
Stresowanie się dodatkowe przeprowadzką jest tylko powodem do wybuchów złości i kłótni, a to ostatnie co powinieneś mieć na głowie.

W nowym mieszkaniu rozpakuj się partiami, najlepiej również przeznaczając na to dzień lub chociaż całe popołudnie. Z doświadczenia wiem, że najlepiej przeprowadzać się w weekend.

*Urządź parapetówkę w nowym miejscu i ciesz się fajnym, nowym miejscem :-)

A jakie wy macie doświadczenia z przeprowadzaniem się?

piątek, 6 marca 2015

Posklejajmy się.

Trafiłam wczoraj na artykuł o złamanym pokoleniu ludzi w wieku 19-24 lata. Ponieważ mieszczę się w tym zakresie to dało mi to nieco do myślenia i postanowiłam podzielić się tymi przemyśleniami.



W artykule głównie wypowiada się psycholog rozwojowy, która zarzuca dwudziestolatkom brak motywacji, brak chęci rozwoju i brak celu w życiu, porównując ich do trzydziestolatków, którzy generalnie zapierniczają, żeby osiągnąć w życiu to co chcą, nie patrząc na koszty.

Zgadzam się z tym. Ale częściowo. Między moim pokoleniem, a pokoleniem trzydziestolatków stoi w Polsce na przykład reforma szkolnictwa, która dała nam rok za mało na podjęcie decyzji o studiowaniu. Sama rzuciłam pierwsze studia i teraz uważam to za jedną z moich lepszych życiowych decyzji. Miałam odwagę to zrobić, potem mnie to załamało na dłuższy czas i rzeczywiście nie wiedziałam, co ze sobą począć. Kiedy jednak pozbierałam się z tej niemocy wybrałam kierunek studiów idealnie mi pasujący, przeprowadziłam się do miasta, gdzie żyje mi się lżej niż w poprzednim i generalnie patrząc z perspektywy na moje wcześniejsze życie, to stwierdzam, że teraz jestem w punkcie w jakim chciałam być. Choć w wieku osiemnastu lat nie wiedziałam, gdzie jest ten punkt.
Dlatego też mam wysoką tolerancję na brak motywacji osób, które niedawno skończyły liceum, poszły na studia wybrane w pośpiechu i które zrozumiały, że źle trafiły. Bo uważam, że lepiej jest coś zacząć i to porzucić w odpowiednim momencie, niż się męczyć za wszelką cenę i potem żałować zmarnowanych lat.

Nie widzę też sensu w słowach o dzieciach kapitalizmu, które wszystko miały. Tak, mój rower na komunię to góral, ale uczyłam się jeździć na składaku Siostry, tak jak moi koledzy i koleżanki. Pierwszy komputer w domu nie służył rozrywce, a pracy rodziców i rzadko miałam do niego dostęp na tak długo, jak marzyło moje młodzieńcze serce. Nie miałam w życiu konsoli telewizyjnej, XBoxa, PlayStation, bo nie miałam takiej potrzeby. Wiele zawdzięczam rodzicom, którzy zawsze dawali mi bardzo wiele rzeczy, których pragnęłam, ale nie uważam, że moje pokolenie to pokolenie roszczeniowe, które teraz od życia żąda pracy za nic.

Zresztą, uważam, że znanie własnej wartości na rynku pracy pokazuje pracodawcom, że młodzi ludzie nie będą godzić się na kłamanie przez telefon innym ludziom, czy pracę za 4 zł na godzinę, bo nawet młody człowiek bez doświadczenia nie powinien godzić się na takie warunki. Ba, żaden człowiek nie powinien godzić się na takie warunki pracy.

Jest też wiele prawdy w tym artykule. Często osoby kończące liceum chciałyby, aby to liceum nadal trwało. Żeby mama robiła kanapki na uczelnię, a pranie w magiczny sposób samo się prało i prasowało. Ciężkim zderzeniem z rzeczywistością jest mieszkanie bez rodziców, ale moim zdaniem jest to bardzo ważne doświadczenie, które pokazuje, że dom nie funkcjonuje sam i trzeba się nieco narobić, żeby mieć czyste skarpetki i co zjeść na kolację. Rozczarowania idące z dorosłym życiem potrafią młodych zetknąć brutalnie z rzeczywistością, jednak bardziej niepokojące jest to, że coraz więcej dwudziestolatków nie radzi sobie z tą brutalnością i ucieka przed nią. Wiem też, że nie każdy jest w stanie podnieść się z łóżka o własnych siłach i zrobić coś, by swoje życie utorować na wymarzoną ścieżkę.

Ze swojej strony chciałabym kopnąć na szczęście wszystkich młodych, którzy borykają się z brakiem motywacji do życia - tak naprawdę to wy musicie chcieć, aby się udało, bo nie uda się nigdy bez prób. Nie mówię, że będzie lepiej, bo to zależy od wielu czynników, ale zadajcie sobie pytanie - czy robię wszystko, co mogę, by być szczęśliwym?

środa, 3 grudnia 2014

Let it slow.

Koniec roku się zbliża i postanowiłam tym samym nieco zmniejszyć obroty. Nie pracować tyle, nie stresować się, zadbać o zdrowie i skupić się na priorytetach, a nie rozdrabniać się na małe.

Jednocześnie w tym roku strasznie się cieszę na święta, bo zdążyłam się za nimi wytęsknić. Więc wraz z współlokatorkami śpiewamy piosenki świąteczne, kupiłyśmy własną choinkę (i różowe światełka!) i postanowiłyśmy zrobić mini-wigilię w mieszkaniu.



Nie będę robić postanowień noworocznych, ponieważ i  tak nigdy się nie spełniają. Zamiast tego wolę sobie postawić kilka celów, które zamierzam zrealizować. Przede wszystkim dojrzałam do zrobienia prawa jazdy, chcę rozejrzeć się za fajną pracą, która będzie mnie rozwijać, chcę pojechać w wakacje nad morze, za którym tak tęsknię od kilku lat, chcę zapełnić super przepisami książkę kucharską, którą dostałam od Siostry na urodziny.

Podsumowanie tego roku? Tyle się działo, że aż nie ogarniam jak to wszystko zmieściło się w jednym roku! Przede wszystkim studia, które są w tym momencie najważniejsze i które naprawdę chcę skończyć, choć chwilowo muszę się ogarnąć. Wiem, że mnie rozwijają, fascynują i mam poczucie, że idę do przodu.

Patrząc z dystansu lubię także moją pracę, a przede wszystkim pozytywnych ludzi, których w niej poznałam i to, że daje mi jakąś stabilizację finansową, może nie taką, jakiej bym już chciała, jednak po przemyśleniu kilku pomysłów stwierdzam, że na chwilę obecną zadowala mnie to co mam.

Moje życie prywatne, które w końcu jest w punkcie, w jakim bym chciała, aby było i sprawia, że jestem szczęśliwa naprawdę pierwszy raz od kilku dobrych lat. Ciężko było i ciężko o to walczyliśmy, ale jest super.

Powrót do rzeczy, które dawniej mnie zajmowały i które zajęły miejsce tańca, który chyba nie działa na mnie już tak jak działał kiedyś. Może to dojrzałość, a może właśnie niedojrzałość, ale pewna epoka w moim życiu się zakończyła i jestem z tego zadowolona.Jedyne co nadal mnie ciągnie do tańczenia to uczenie innych.
Za to powrót do RPG i rozwijanie swojej wyobraźni daje mi znów satysfakcję oraz jednocześnie pozwala wrócić do lat młodzieżowych, do których mam sentyment. Lubię odnawiać siebie, niekoniecznie definiować się na nowo.

Odliczajcie więc dni do Świąt i do Nowego Roku, bo warto! Podsumujcie swój rok, zatrzymajcie się na moment i powiedzcie sobie sami, czyż to nie był udany 2014?

P.S. Na zdjęciu ja mierząca komplet w znanej sieciówce, który tylko w czarno-białym wygląda dobrze, bo w kolorze był cały w kolorowe cekiny i czułam się jak z cyrku wyjęta...

środa, 24 września 2014

Niestereoptypowo.

Wiele razy w życiu mama mówiła mi, żebym zachowała odrobinę konformizmu. Dziwne? Powinna mówić, bym miała w sobie dozę nonkonformizmu.



W tym właśnie jest problem, że ja i wiele osób z moich najbliższych idziemy pod prąd. Nie idziemy na studniówkę (bo wszyscy idą), nie kupujemy tych samych butów, jakie noszą inni, nie marzymy o ślubach w aranżacji wiejskiej z limuzyną i sukienką za dziesięć tysięcy. Nie chodzimy do cioci na imieniny, bo "się" chodzi, nie wybieramy studiów, na które idą wszyscy, bo jest po nich praca, no godzimy się na robienie w życiu czegoś wbrew sobie, bo są z tego pieniądze. Nie zakazujemy i nie robimy awantur o decyzje drugiej osoby.

Wiele razy w życiu oberwałam za wyrażanie własnych poglądów. Wiele osób z tego powodu mnie znielubiło, bo byłam pod prąd. Nie dla samej zasady bycia pod prąd (bo to już szeroko zakrojone hipsterstwo ;)), a dlatego, że nie boję się mówić, że coś mi nie pasuje. Dlatego nie tańczę na weselach, na imprezach unikam wódki, chodzę ubrana kolorowo, śmieję się głośno, odzywam się do ludzi w komunikacji miejskiej, nie oglądam sportu (nawet jak Polacy wygrywają).

I dziękuję tym osobom, które wspierają się w tym, by być pod prąd i być z tego dumnym.

P.S. Sesja poprawkowa nad głową, dlatego twórczo myślę i myję okna, żeby się nie uczyć. Stąd też ten post.

poniedziałek, 12 maja 2014

Ogarnij się w końcu!

Całkiem niedawno koleżanka zauważyła, że jestem najbardziej ogarniętą osobą, jaką zna. Z początku parsknęłam śmiechem, ale później zaczęłam się nad tym zastanawiać.
I faktycznie, sporo rzeczy ostatnio ogarniam. Studia rozpędzają się przed czerwcem, natłok prac zaliczeniowych, kolokwiów i powolnego przygotowywania się do sesji, do tego dochodzi sporo różnych aktywności dodatkowych, chęć chwycenia wszystkich srok za ogon (wolontariat, szkolenia, taniec, koło naukowe, odnowienie nauki francuskiego i arabskiego) sprawiają, że powoli nie wiem, jak się nazywam. Do tego nie chcę zaniedbywać znajomych i przyjaciół, więc mój kalendarz pęka ostatnio w szwach...

Jednak chciałabym się podzielić kilkoma prostymi poradami, jak zacząć lepiej ogarniać własny czas.

1. Kalendarz - nieważne, czy jest to wersja papierowa, czy aplikacja w smartfonie, kalendarz Google`a czy ścienny, generalnie każdy się przydaje. Ja sama używam przynajmniej dwóch - od kilku lat biegam z wersją papierową, w której roi się od notatek do samej siebie, numerów telefonów czy adresów. Jednak jest to lepsze, niż pamiętanie wszystkiego, zwłaszcza, gdy na każdy dzień masz przynajmniej 10 zadań. Często też ustawiam sobie daty w kalendarzu w telefonie, by o wszystkim pamiętać.

2. Planowanie dnia - i znów, dla mnie najlepiej jest zapisać sobie, co muszę zrobić po kolei, jednak częściowo także pamiętam, co musi nastąpić po czym. Dzięki temu oszczędzam czas, który bym straciła  na bieganie w 3 różne punkty Krakowa w sposób nieskoordynowany...

3. Najważniejsze rzeczy przygotuj dzień przed - niby banalne, ale sama do niedawna byłam zwolenniczką zostawiania pakowania się na rano, w efekcie czego biegałam niekompletnie ubrana, z obłędem w oczach, szukając ważnego papierka, który muszę mieć. Dobrą radą jest też przygotowanie sobie zestawu ubrań dzień wcześniej, choć nie zawsze zdaje egzamin, kiedy nagle zmienia się pogoda.

4. Przeznacz minimum 6 godzin na sen - nie jest to reguła, bo znam osoby, które potrafią działać na podwójnych obrotach po przespaniu dwóch godzin, jednak jestem zdania, że to powinny być wyjątki od reguły, a nie norma funkcjonowania.

5. Bądź elastyczny - to jedna z ważniejszych zasad. Najczęściej cały plan się rozpada, kiedy coś idzie nie po naszej myśli. Bardzo ważną sztuką jest umiejętność reorganizacji, w obliczu zamknięcia nam przed nosem sklepu czy odwołaniu spotkania.


P.S. Bardzo nie lubię osób, które mówią "nie mam czasu". Zazwyczaj ten "brak czasu" to właśnie nieumiejętność planowania go sobie, czego efektem jest wrażenie jego braku.

Mam nadzieję, że będzie Wam teraz łatwiej zarządzać swoim czasem :-)

piątek, 21 marca 2014

Wiosenne zmartwychwstanie.

Wiosna to moja ulubiona pora roku. Nic nie jest lepsze niż zapach wiosny unoszący się w powietrzu już od dawna, ale tak naprawdę dopiero teraz dający jakieś efekty pogodowe. Można wreszcie zrzucić z siebie ciężkie płaszcze zimowe, wdziać baletki i wyciągnąć z szafy spódnice i kapelusze.

Wiosenna senność już minęła, wstaję bez problemów koło 7-8 rano, kawę piję przy oknie, patrząc na krakowskie osiedle, a od zmiany czasu z zajęć czasem wracam jak jest jeszcze słońce.
Drugi semestr daje nieco w kość, ale walczymy dzielnie. I już się przyzywczajam do tego trybu życia.

Chodzę też na pilates i na body shape, by wrócić do formy. Największy problem jest z mięśniami ramion, natomiast z brzucha i nóg jestem dumna. Mogę wystawić sobie 3+ póki co, ale dążę do 5.

Kolana również poczuły wiosnę, lewe nie boli w ogóle, a prawe z stałą mocą, którą jestem w stanie znieść. I do której już się przyzwyczaiłam na przestrzeni lat.

Czuję się jakbym zmartwychwstała wraz z tą wiosną, mam kilka postanowień na nowy sezon, plany na wakacje, plany na przyszły semestr. Moim mózgiem stał się kalendarz, bym nie musiała zaśmiecać głowy pamiętaniem o wszystkim.

Weekendy poświęcam innym oraz częściowo na sprzątanie mieszkania, w końcu wiosenne porządki nie robią się same. Tylko jak okna umyć, kiedy wciąż słońce świeci? Ale wolę słońce niż wypucowane okna.

Relaksuję się z książkami, siedząc na łóżku. Zapalam świeczki truskawkowe i leżę w wannie. Maluję usta na różowo, ubieram się kolorowo (akurat to robię cały rok...), botki zamieniłam na baletki, a szalik schowałam głęboko do szafy.

Obiecuję sobie, że będę pisać wszystko, co mi na myśl przyjdzie, nie ograniczając się. Zastanawianie się, czy coś jest poprawne politycznie sprawia, że pojawia się u mnie blokada i stwierdzam, że nie warto pisać nic. A przecież jest tak dużo do powiedzenia!

Nadrabiam zaległości filmowe, nie tylko te z Oscarów. Słucham pozytywnej muzyki, która odświeża umysł i poprawia samopouczucie. Po co dołować się smutnymi kawałkami?



A Wam jak mijają pierwsze dni wiosny?

wtorek, 28 stycznia 2014

"Dance me to the end of love..."

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że jedne z moich ulubionych filmów to te, w których znajduję świetną scenę taneczną. Świetną pod różnym względem, czy to jest chemia między bohaterami, czy po prostu dobre synchrony, czy po prostu muzyka, która chwyta za serce.

I tak oto postanowiłam podzielić się tymi ulubionymi i wyjaśnić, dlaczego akurat te, a nie inne. Jak już wcześniej kiedyś wspominałam, jestem dzieckiem popkultury, więc pewnie będą to same szlagiery ;-)

Moulin Rouge - El tango de Roxanne

To jeden z moich ukochanych filmów, tak kiczowaty, że aż tym ocieka, ale podoba mi się pomysł, żeby aktorzy śpiewali. I zarówno Kidman jak i McGregor dają radę. I oczywiście plus za świetne przeróbki znanych piosenek.
Natomiast ta scena to majstersztyk, budowanie napięcia, świetne jest także samo tango, którego bardzo chcę się nauczyć w końcu. Szkoda tylko, że tak cięte



Chicago - Cell Tango

Kolejny film, do którego często wracam. Gwiazdorska obsada, świetna muzyka i właśnie ta scena. Ach, perfekcja! Catherine Zeta-Jones tańcząca, stroje, muzyka - nic dodać, nic ująć, należy po prostu obejrzeć!




Dirty Dancing 2 - Havana Dance Contest

Pierwsza część jest klasyką, ale że obejrzałam za młodu pierwszą właśnie część drugą to i sentyment mam do niej większy. Wiem, że część osób, które uwielbiają 1 na dwójkę psioczą, ale moim zdaniem ta wersja współcześnie trafia bardziej - w tamtej kontekst jest już nieco zamazany i młode pokolenie ma problem ze zrozumieniem, o co tyle hałasu. Ta scena oddaje bardziej ideę filmu plus jeszcze świetny taniec w parze, muzyka też wpada w ucho, można brać przykład ;-))




Pulp Fiction - Dancing at Jack Rabbit Slim's 

Czy jest coś genialniejszego, niż ten film i scena z flamastrem i adrenaliną? Tarantino w swym najczystszym wydaniu, najlepszy film na chandrę, tak absurdalnie gorzko-słodki, że wpisał się na stałe w klasykę kina i bardzo słusznie.
I wisienka na torcie w postaci tej sceny!




Gone with the wind - Atlanta Bazaar

Przynajmniej raz w roku poświęcam cztery godziny na śledzenie losów Scarlett, która jest w swym egoizmie i bohaterstwie zarazem, z swoją butą i snobizmem i z najwspanialszym cytatem (I can't think about that right now. If I do, I'll go crazy. I'll think about that tomorrow.) jest dla mnie przednią rozrywką. W tej scenie Scarlett powinna się zachować jak dama, a tego nie robi i to kolejny powód, dla którego ją uwielbiam.



From Dusk till Dawn - Salma Hayek Snake Dance
Sam film jest przedziwny i nie wart dla mnie obejrzenia ponownie, ale przyznacie, że Salma Hayek potrafi hipnotyzować samym tańcem...



Black Swan - Dance scene as black swan

Aronovsky zrobił kawał dobrego filmu, prawdziwego do bólu i jednocześnie skrzywionego. No i Natalie Portman. To moja ulubiona scena, bo wreszcie bohaterka pokazuje na co ją stać, choć jednocześnie jest to przerażające. Szkoda, że tak krótko i ulotnie.


Greeese - You're the one that I want

Ach, ten młody John Travolta...
Teraz się zastanawiam, czy ogląda czasem ten film i sam jest zadziwiony, że grał tak uroczą, nieco zniewieściałą rolę? Film również klasyczny, wstyd nie znać.



Burlesque - Show me how you burlesque

Lubię ten film, choć jest wtórny i schematyczny. Ale lubię Aguilerę, lubię jak śpiewa i podobają mi się praktycznie wszystkie sceny taneczne w tym filmie. Cher w tej roli przeraża, ale można zamykać oczy, gdy się pojawia na ekranie.





Bunty aur Babli - Kajra Re

Kino Bollywood albo się kocha, albo nienawidzi, ewentualnie się nie zna. Ale tam sceny taneczne występują nawet w najbardziej absurdalnych momentach, a filmy te są dobre jako lekki przerywnik w życiu. Lub jako wyciskacz łez na PMS. 
Ta scena jest moją ulubioną z kilku względów. Po pierwsze Aishwarya Rai jest jednocześnie tancerką i aktorką, więc sceny z nią są mniej cięte. Po drugie - w tej scenie gra ze swoim mężem i teściem, więc dodatkowy plus za komizm sytuacyjny. 



Samia Gamal - Ali Baba Movie

Nie byłabym sobą, gdybym nie podzieliła się z Wami przecudowną sceną taneczą z Samią Gamal, legendą tańca orientalnego. Pozostawiam rozkosz oglądania tej egipskiej produkcji Wam, uprzedzam tylko, że film nie jest przesunięty w stosunku do muzyki, tak ma być :-)



Z rozmysłem nie dodawałam sceny z Dirty Dancing oraz z Zapachu Kobiety, bo wszelkie zestawienia jakie widziałam zawsze zawierały te dwa elementy.
A jakie są Wasze ulubione sceny taneczne?

Enjoy!

sobota, 26 października 2013

Rollitos de primavera.

Przepis odtworzony przez Mamę mojej współlokatorki na podstawie jedzenia w Hiszpanii, zrobiłyśmy wczoraj na kolację i wyszło to genialnie! Choć mam wrażenie, że ma to korzenie w Chinach to jednak smakuje inaczej niż klasyczne sajgonki. Nie są trudne do zrobienia, a w smaku genialne!






Przepis na 20 rollitos:
- 500 g fileta z kurczaka
- 6 pieczarek średniej wielkości
- 1 papryka
- 1 por
- 1 marchewka
- pół kapusty włoskiej
- dwa ząbki czosnku
- 1 opakowanie papieru ryżowego
- sól, pieprz, papryka, czosnek


Na patelni podsmażamy kurczaka pokrojonego w drobne paseczki (lub drobną kostkę) razem z porem, również pokrojonym drobno, przyprawiamy papryką, czosnkiem, solą i pieprzem.
Pozostałe składniki posiekać na paski lub kostkę, poddusić w garnku z przyprawami oraz zgniecionym ząbkiem czosnku.
Papier ryżowy po jednym arkuszu zamoczyć w misce z ciepłą (nie gorącą!) wodą, wyciągnąć na talerz, przy dolnej krawędzi (zostawić 4-5 cm odstępu) wyłożyć dużą łyżkę farszu, zawinąć wg instrukcji na opakowaniu papieru ryżowego.
Tak zrobione rollitos podsmażyć na patelni po 2 minuty z każdej strony, podawać z sosem chilli lub ketchupem :-)



Smacznego!

P.S. Nie jestem w stanie powiedzieć, na ile przepis jest klasyczny, ponieważ był odtwarzany metodą prób i błędów :)

piątek, 11 października 2013

5 days in Paris - part II.

Sobota była dniem  dla Montmartre. Szczerze mówiąc, jeden dzień tam to zdecydowanie za mało, żeby powspinać we wszystkie interesujące miejsca, jednak specyficzną atmosferę tej dzielnicy czuć od samego wyjścia z metra.

Z samego rana postanowiłyśmy zobaczyć cmentarz Montmartre. Niestety, poszukiwania grobu Dalidy zakończyły się fiaskiem (ze strony Siostry już drugi raz...), ale za to widziałyśmy polski akcent w postaci pomnika po grobie Lelewela, panią uprawiającą jogging na cmentarzu (!) oraz stróża goniącego ją z gwizdkiem i masę kotów, które chyba mieszkały na tymże cmentarzu...

Również koniecznie uparłam się, aby choć zobaczyć Moulin Rouge, z racji mojego sentymentu do filmu z Nicole Kidman. Niestety, z zewnątrz tylko wiatrak jest wart zobaczenia, natomiast bilety do środka mają takie ceny, że obiecałam sobie wrócić tam jak już tylko będę sławna i bogata.





Zaczęłyśmy się powoli wspinać w stronę Sacre-Coeur, zwiedzając po drodze pobliskie sklepiki z pamiątkami, a dotarłszy pod bazylikę obowiązkowo musiałam przejechać się na karuzeli. Sacre-Coeur również widziałyśmy jedynie z zewnątrz, jednak podejrzewam, że skoro tak świetnie prezentuje się z zewnątrz, to w środku będzie równie ładna. Wpisałam więc wnętrze na listę następnego razu. 



Następnie nieco pogubiłyśmy się przy poszukiwaniu muzeum Dalego, jednak po drodze trafiłyśmy na genialny sklepik z akcesoriami z Moulin Rouge. Były pióropusze, buty, spinacze w kształcie wiatraka, biżuteria i sceniczna szminka w kolorze szałowej czerwieni.

www.moulinrougestore.com


Wreszcie udało się dotrzeć do muzeum Dalego, które polecam każdemu. A zwłaszcza osobom, które uważają, że muzea są nudne. To jest równie genialne niczym sam Dali. Po kupieniu biletu wchodzi się do nastrojowych, czarnych pomieszczeń, gdzie z głośników sączy się niepokojąca muzyka. W takiej oprawie rzeźby i szkice Dalego sprawiają niesamowite wrażenie. Można tam stać godzinami i sycić oczy surrealizmem.  Zaopatrzyłam się w sklepie z pamiątkami z muzeum w perfumy Salvador Dali, choć tak naprawdę miałam ochotę na ukradkowe wyniesienie którejś z rzeźb. Muzeum nie jest zbyt duże, jednak jest tam sporo nieznanych prac Dalego, szczególnie interesujące są szkice ilustracji do Alicji w Krainie Czarów. Aż szkoda, że wersji z Jego rysunkami nie można zakupić.






Na koniec dnia na Montmartre powędrowałyśmy w stronę Place des Abesses, gdzie jest jedyna oryginalna stacja metra, w której do stacji schodzi się około 10 minut krętymi schodami. Byłyśmy już dość padnięte, a schody sprawiały wrażenie niekończących się nigdy. 
Skierowałyśmy się do Cafe du Commercei, poleconym również na blogu StyleDigger, pobłądziłyśmy w dzielnicę hinduską, gdzie co drugi sklep był zaopatrzony w totalnie odjechane stroje odświętne dla kobiet.
W końcu udało się nam dotrzeć do restauracji, gdzie zjadłyśmy hamburgera (Siostra) oraz stek z ziemniakami (ja). Było przegenialne jedzenie, zwłaszcza, że byłyśmy już porządnie głodne.

Następny dzień zaczął się dla nas bardzo wcześnie rano, pomimo tego jednak spóźniłyśmy się na metro jadące do Wersalu. Do Wersalu jedzie jedna linia metra (C),która ma kilka kierunków. Jak się jednak okazało, są dwie stacje z których bez problemów można dojść do Chateau. Po 40 minutach jazdy znalazłyśmy się w maleńkim miasteczku (a przynajmniej tak wyglądało), gdzie nieco dalej znajduje się Pałac.
Mam lekkiego hopla na punkcie Wersalu, bardzo mnie interesuje jego historia i życie ludzi, którzy w nim mieszkali.
Jednak choć wiedziałam, że jest to potwornie wielkie to i tak ogrom Chateau mnie przytłoczył. Miałyśmy zakupiony przez internet bilet do ogrodów, gdzie odbywał się Music Fountain Show, co jest zdecydowanie fajnym pomysłem do zobaczenia - jedna z niewielu okazji, aby zobaczyć działające fontanny w Wersalu. Plus do tego muzyka wprowadzająca w klimat pałacowy i człowiek czuje się jakby cofnął się w czasie.
W samym Pałacu nie byłyśmy, ponieważ po zwiedzeniu ogrodów i dojścia pieszo do Grand Trianon ledwo byłyśmy w stanie chodzić, a kolejka do wnętrz wyglądała na co najmniej dwie godziny stania.
Ogrody są piękne, ogromne i bardzo ciekawe, bo można się w nich zgubić i wczesnym rankiem (około 9-10 rano) ilość turystów nie jest tak przytłaczająca.
Przerwę na lunch zrobiłyśmy sobie przy Grand Canal, gdzie o mało nie zjadły nas olbrzymie karpie, które zjadły zeschłą bagietkę przeznaczoną dla kaczek. Niestety, kaczki nie zdążyły podpłynąć i większość zjadły te ogromne ryby.
Najbardziej podobało mi się Sioło Królowej przy Petit Trianon. Choć nie miałam specjalnie dużo siły, żeby zwiedzić całe to mimo wszystko było tam tak urokliwie, że się zmusiłam. Jest tam naprawdę sielankowo, pomimo rozśmieszających mnie sztucznych domków.







Spędziłyśmy w Wersalu cały dzień, a i tak nie zobaczyłyśmy całości. Najfajniejszym pomysłem do poruszania się po ogrodach jest kolejka, która jeździ od Pałacu, przez Grand Canal i Grand Trianon pod Petit Trianon. Koszt biletu to niecałe 4 euro, a jeździć można przez cały dzień.
Wydaje mi się, że bardzo trudne byłoby zwiedzenie i wnętrz Wersalu i ogrodów, zarówno czasowo jak i wysiłkowo. Wnętrza zwiedzę następnym razem, którego już nie potrafię się doczekać.

Nie rozczarowałam się Paryżem, głównie dlatego że starałam się nie nastawiać na nic czy nie oglądałam przed wyjazdem filmów o Paryżu. Na wyjazdach mam również takie podejście, żeby niczemu się nie dziwić, a jedynie chłonąć atmosferę, obserwować ludzi, podziwiać miejsca.

Teraz tylko pozostaje myśleć, co zwiedzamy za rok...

poniedziałek, 30 września 2013

5 days in Paris - Part I.

Euforią nadal żyję, mimo iż od powrotu minęło parę dni. Po prostu tak bardzo chciałabym już tam wrócić, pomimo niezbyt dobrego stanu zdrowia, jakiego się w Paryżu nabawiłam, głównie przez leczenie kanałowe zęba, które odbyło się dwa dni przed wylotem... Ale kto by się przejmował czymkolwiek, chodząc po ogrodach Wersalu czy zwiedzając muzeum Dalego!

Witryna sklepu Fauchon


Ale po kolei :-)

W czwartek rano dotarłyśmy na Balice dwie godziny przed czasem, denerwując się nieco, że kontrola nie przepuści pustej butelki z fitrem do wody (który w Paryżu jest częściowo przydatny, bo większość łazienek miało tylko gorącą wodę) oraz mojej baterii leków od dentysty, w razie gdyby zaczęło koszmarnie boleć. Okazało się, że przepuścili wszystko bez żadnych problemów, więc jeśli ktoś by się zastanawiał, czy można leki na receptę przewozić w bagażu podręcznym to potwierdzam, że można.

Lot trwał krótko, a moim oczom (to była moja pierwsza wizyta w Paryżu, Siostra była tam już drugi raz) ukazało się olbrzymie lotnisko Charles de Gaulle, które wprawiło nas w niemałe zmieszanie, bowiem automaty biletowe na metro przyjmują na lotnisku tylko monety, których wystarczająco mieć nie miałyśmy, szybko jednak odkryłyśmy kasę biletową, a potem już poszło gładko.

Nocowałyśmy w Auberge Internationale des Jeune, które jest blisko stacji metra Bastille, jednak nie polecam tego miejsca na dłużej niż 5 dni - wifi było włączane o 12:30 i wyłączane o 1 w nocy, więc przy śniadaniu, serwowanym od 7 do 9:30 nie było możliwości sprawdzenia trasy i planu dnia, o czym nie zawsze pamiętałyśmy wieczorem dnia poprzedniego. Pokoje są w standardzie hostelu, ale za to bardzo czyste i codziennie sprzątane. Regulamin mówi o ciszy nocnej o 11, a wtedy większość lokatorów zaczyna wieczorne ablucje, więc jeśli ktoś chodzi wcześnie spać, to może się zirytować.
Jako schronisko młodzieżowe podobno mogą tam nocować osoby mające maximum 30 lat, jednak zagadką dla nas pozostaną panie mocno po 40, które również tam nocowały.
Także polecam, ale na krótkie terminy, gdy chce się zaoszczędzić parę euro na noclegach.

Paryskie metro to mieszanina klaustrofobii z zachwytem, każda stacja jest zupełnie inna, niektóre są na powierzchni, a inne tak głęboko pod ziemią, że schodząc po schodach ma się wrażenie wchodzenia do jądra Ziemi.
Nie do końca ogarnęłyśmy bilety na metro, ponieważ kupowane hurtowo w ilości 10 sztuk w cenie 13,5 euro jedne działały półtorej godziny przy wychodzeniu z metra, a nie tylko zmienianiu stacji, a inne już właśnie przy zmianie nie działały. 
Pierwszego wieczoru wybrałyśmy się naturalnie pod Wieżę Eiffela i zachęcam do oglądania jej pod wieczór - jest bajkowo oświetlona i sprawia wrażenie nierzeczywistej, póki się człowiek nie przyjrzy tym metalowym spoiwom czy betonowym podstawom... W sklepiku pod nią nabyłyśmy fantastyczny makaron w kształcie wieży, ponieważ obie jesteśmy maniaczkami kupowania dziwnych pamiątek oraz mamy słabość do makaronu...
Przed wycieczką pod Wieżę poszłyśmy na kolację i udało mi się pokonać życiową awersję do cebuli, dzięki kurczakowi w karcie widniejącemu pod nazwą de Volaille (nie jest to to samo, co w Polsce pod tą nazwą), podanym z sosem z białego wina i właśnie cebuli ugotowanej do miękkości. Było boskie, było wino, było francusko!











Stałam tak parę dobrych minut, aż mnie kark rozbolał.

 



Najbardziej w podróżach lubię oglądać... ludzi. Dziwnie ubranych, ciekawych, ładnych, brzydkich - wszystkich. Lubię sobie wyobrażać ich życiorysy, co właśnie idą robić. Dlatego dobrym miejscem do obserwacji był ogród Tuileries, przez który można przejść do Luwru.
Ponieważ jednak moje kolano nie zniosłoby 5 dni biegania po Paryżu plus wycieczki do Luwru oraz Wersalu to z jedynie lekkim bólem serca zrezygnowałam z obejrzenia Luwru, na rzecz Wersalu, o czym w następnej części relacji.
Niezwykle podoba mi się, że Francuzi korzystają z ogrodów i parków zupełnie inaczej niż Polacy. Uprawiają jogging pod Łukiem Triumfalnym, siedzą nad fontanną, robią pikniki, spotykają się ze znajomymi, słowem - mnóstwo rzeczy robią na powietrzu. Polacy najczęściej korzystają z parków, kiedy w rodzinie są małe dzieci, choć powoli zaczynają być od tego odstępstwa. Jednak jakim SWAGiem jest "biegam w Ogrodach Luksemburskich/Wersalu/pod Luwrem"!


Spontaniczna radość, która objawiała się w ten sposób na myśl o tym, że jestem w Paryżu.


Z Tuileries przeszłyśmy na Rue Royal, czyli dość ekskluzywnej ulicy, z butikami sławnych projektantów, gdzie zakochałyśmy się w spódnicy i płaszczu od Diora, skosztowałyśmy makaroników Laduree (które są przegenialne, zwłaszcza wersja z solonym karmelem, polecam je serdecznie!), przeszłyśmy przez Fauchon i nawet coś w nim zakupiłyśmy (musztarda z płatkami chilli oraz cukierki o smaku creme brulee), a następnie ruszyłyśmy za most.

Najpyszniejsze słodycze, jakie jadłam.


Wspaniałą opcją w Paryżu jest jechanie tam przed ukończeniem 26 lat, ponieważ do tego momentu wstęp po przybytków kultury państwowych jest bezpłatny po okazaniu dowodu osobistego/legitymacji studenckiej/paszportu.
Dzięki temu drugiego dnia nie płaciłam za wstęp do Muzeum d`Orsay, które jest piękne samo w sobie, z racji charakterystycznego budynku, przerobionego z dawnego dworca kolejowego. Samo w sobie jest interesujące dla osób, które uwielbiają impresjonizm. 
Ja osobiście jestem wysoce nieobytą kulturową osobą, ponieważ mój uraz do oglądania miliardów kościołów i muzeów nabyłam już w gimnazjum, z okazji szkolnych wycieczek. I jedyne dreszcze, jakie przeżywam na widok obrazów to te za sprawą Salvadora Dalego, o którym również w następnej części.

Drugi dzień obfitował również w poszukiwania w każdym napotkanym sklepie z pamiątkami różowej, pluszowej Wieży Eiffela, którą udało się zdobyć przy Notre Dame, którego nie zwiedziłyśmy w środku z powodu sporej kolejki i głodu, jaki już odczuwałyśmy.

Nareszcie! Zdobyta pluszowa Wieża!


Udałyśmy się do Ogrodów Luksemburskich, po drodze zahaczając o budkę z crepes, poleconą na blogu StyleDigger, co okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ pan pomylił się i zamiast naleśnika z nutellą dostałam z kremem kasztanowym, której to pomyłki wcale nie żałowałam, jednak pan był na tyle skruszony, że crepes z szynką i serem dostałyśmy w wersji "na bogato" z sporą ilością sera. Były przepyszne i najadłyśmy się w dwie osoby za niecałe 12 euro, co jest ogromnym plusem jak na Paryż.

Ostatnim przystankiem tego dnia był sklep E.Dehillerin, w którym zaopatrywała się Julia Child i jest to niezwykłe miejsce. Bardzo stare, ciasne, zawalone wielką ilością żeliwnych garnków, rondelków, olbrzymich garów, zdolnych pomieścić człowieka w pozycji kucającej, z wielkim wyborem noży, foremek, (owszem, była jedna w kształcie Wieży Eiffela) oraz przedziwnych przedmiotów, tak potrzebnych w kuchni.
Niestety zdjęcia tego miejsca wyszły zbyt ciemne, więc będziecie pozbawieni widoku mnie zaglądającej do wielkiego garnka.


Ciąg dalszy nastąpi..!

niedziela, 15 września 2013

Paris holds the key to your heart.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie postanowiłam sobie, że chcę pojechać do Paryża. Czy to było jeszcze za czasów oglądania "Anastazji" czy już "Moulin Rouge" lub "Amelii", ale jakoś zawsze mnie tam coś ciągnęło.




Kiedy więc udało mi się nakłonić Siostrę, z którą postanowiłyśmy w zeszłym roku odwiedzać razem co roku jedno miejsce za granicą, żebyśmy w tym roku wybrały się właśnie do stolicy Francji to aż do ubiegłego tygodnia zdawało mi się to tak nierealne, że nie potrafiłam sobie tego uświadomić, że w końcu spełnię to marzenie z dzieciństwa. Choć i teraz trudno mi w to uwierzyć.

W ubiegłym roku byłyśmy w Barcelonie. Jako że jesteśmy osobami, które nie lubią utartych schematów to nie stałyśmy pół dnia w kolejce do Sagrada Famillia, tylko stanęłyśmy naprzeciw niej, napawając się niezwykłym projektem Gaudiego.
Również w Paryżu postanowiłam zrezygnować z wjeżdżania na wieżę Eiffla czy z wizyty w Luwrze (tym razem, następnym razem nie odpuszczę!), za to wybieram się do Wersalu, który zaczarował mnie od pierwszego spojrzenia na zdjęcie. Nie chciałabym żyć w podobnym przepychu, mimo to ma to dla mnie pewien urok.

Chętnie przyjmę porady dotyczące miejsc, które warto zobaczyć i restauracji, które warto odwiedzić! :-) W Paryżu będę pięć dni, a potem obiecuję szczegółową relację i niespodziankę!



wtorek, 27 sierpnia 2013

Poradnik idealnych spodni.

Działo się to jeszcze za czasów szkolnych, kiedy z wolna przychodził moment, w którym wybijała ostatnia godzina mojej jedynej pary spodni.
Tak, jedynej pary. Raz że nie przepadałam za noszeniem spodni (uważając, że moje kształty powinnam zakrywać, a nie podkreślać), a dwa że nigdy nie udało mi się znaleźć więcej niż jednej pary spodni pasującej na mnie.
Ta jedna para służyła mi około pół roku, a potem przecierała się na szwie i koniec. Zakup spodni był koszmarem, w którym razem z Mamą i Siostrą prędzej czy później urządzałyśmy sobie awanturę, głównie sfrustrowane brakiem jakiejkolwiek alternatywy spodniowej w sklepach (a muszę dodać, że każda z nas ma inną figurę).

W momentach desperacji mierzyłam wszystko, od spodni z przeceny za 30 zł po Levisy za 300. Żadne nie uwzględniały posiadania przez kobiety ud czy bioder - większość generalnie była odrobinę powiększonym modelem spodni pasujących idealnie tylko na kobiety noszące rozmiar 34. No więc co ja, nosząca rozmiar 40 mogłam zrobić? Nosić spódnice, ot co.

Pewna zmiana nastąpiła dopiero w zeszłym roku, kiedy pracując w sklepie odzieżowym mogłam po pracy przymierzyć wszelkie modele spodni znajdujących się w sklepie, by móc wiedzieć, że spodnie z rozszerzanymi nogawkami nie są dla mnie, w szwedach wyglądam jak krasnal, a w prostych czuję się ciężko.
I tak oto zaprzeczyłam wszystkim poradnikom do spraw dobrania spodni, które twierdziły, że dla figury w kształcie gruszki zabronione są spodnie zwężane. Fakt faktem, że w wielu tych poradnikach pod nazwą spodni z zwężanymi nogawkami funkcjonują obcisłe rurki, niewiele różniące się od legginsów....
Mimo to udało mi się wreszcie nauczyć, jak bez mierzenia ocenić, które spodnie są dla mnie (udało mi się nawet znaleźć idealne proste spodnie i idealne dzwony), co pozwala zaoszczędzić mnóstwa nerwów i nerwowych drgawek na myśl o zakupie spodni.

Trudno mi stwierdzić, czy wreszcie producenci spodni łaskawie zauważyli, że figura kobieca różni się od męskiej i że z krawieckiego punktu widzenia na damskie spodnie potrzeba większej ilości materiału, czy fakt, że w mojej szafie znajduje się 6 par spodni zawdzięczam sobie.

Kilka porad jak kupować spodnie:
1. Zawsze weź trzy różne rozmiary - ten który nosisz, mniejszy i większy. Nie będziesz musiała wychodzić z przymierzalni po inny rozmiar.
2. Pamiętaj, żeby sprawdzić z czego spodnie są zrobione. Dodatek 5% lycry może sprawić, że spodnie rozciągną się nawet o 2 rozmiary! Lepiej w przypadku takich spodni wziąć te pasujące na styk, bo one rozciągną się po tygodniu do Twojego rozmiaru.
3. Poskacz, usiądź, schyl się - zrób symulację codziennych ruchów w przymierzalni. Oszczędzi Ci to kupienia pary spodni, w której nie możesz siadać.
4. Najczęstszy problem to za długie spodnie - wiele sklepów oferuje skracanie spodni w niższych cenach, niż Twoja krawcowa. (Chyba że masz Mamę potrafiącą skracać spodnie...;-))
5. Obejrzyj się dookoła w spodniach - kształt kieszeni może sprawić, że normalna pupa będzie wyglądać na kilka rozmiarów większą!

P.S. Z moich doświadczeń wynika, że najczęstszym rozmiarem w Polsce jest 38 i 40 i że właśnie te rozmiary najszybciej znikają ze sklepów.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Pismaki.

Jestem zwolenniczką postępu praktycznie w każdej dziedzinie życia, jednak boleję nad prognozami zaniku czytania gazet papierowych.
Bo co to za przyjemność, przewijać scrollem ekran i klikać w tytuły artykułów? Ani się wygodnie nie czyta, ani na oczy zdrowe nie jest, a w dodatku wiele wydań prasy codziennej w internecie jest porażką.

Jak byłam mała to czytywałam 13, Filipinkę (stare numery podbierane Siostrze), zdarzyło się czasem i Bravo, bo fajne rzeczy dodawali... Generalnie należę do osób, które czytają co im wpadnie w ręce. I marzyłam wtedy, że kiedyś będę czytać również gazety dla pań (niekoniecznie Panią Domu)

Zawsze jak gdzieś jadę to zaopatruję się w gazety babskie, bo poziom skupienia w pociągu akurat równa się z tym, jaki potrzebny jest na przeczytanie mikro artykułów czy obejrzenie zdjęć. Nieodmiennie mam nadzieję, że coś mi taka gazeta da, że czymś zainspiruje, czegoś się dowiem. Ale kolejne zestawienia mody jesiennej i pokazanie w nich odkrywczego połączenia koronki z skórą nużą mnie i irytują, zamiast dać inspirację. Płonne też okazują się nadzieje na ciekawe felietony czy wywiady z osobami, które nie twierdzą jak ze sztancy, że są szczęśliwe i wcale się nigdy nie odchudzały (choć ich wygląd świadczy o czym innym)

Na niektóre z tych gazet obraziłam się nieodwołalnie, na przykład na Hot, które jest zbiorem nieumiejętnie wyszopowanych zdjęć i kretyńskich podpisów, a całość w cenie 5 zł.
Nadzieję dał mi za to Glamour niedawno powstałym działem pytań do Wolińskiego, który zdobył moje serce opinia na temat szpilek w kolorze nude. Również felietony Prokopa czytam z przyjemnością. Jednak pozostała część jest dla mnie nie do przyjęcia.
Cosmopolitan za to kupuję raz na jakiś czas, wyłącznie dla poprawienia humoru, bo obszerne artykuły z poradami seksualnymi śmieszą do łez.

Kiedyś fajny poziom miały Wysokie Obcasy, teraz jedynie Wysokie Obcasy Extra dają nadzieję na dobre dziennikarstwo i są nieliczną gazetą, którą czytam z przyjemnością.
Przekrój jest dla mnie zbyt wydumany, ale Newsweek jeszcze daje sobie nieźle radę.

Wczoraj też stwierdziłam, że zaryzykuję i zaopatrzę się w polską wersję Harper`s Bazaar. I powiem szczerze, że dla mnie ta gazeta awansowała do numeru jeden. Znalazłam kilkanaście świetnych inspiracji ubraniowych, bardzo dobre wywiady, a całość jest estetyczna graficznie.I mają przegenialne sesje zdjęciowe, słowem... Polecam!

A Wy, jakie gazety lubicie i jakie czytacie z przyjemnością?


 

Template by BloggerCandy.com